KAUKAZ – czyli jak to było z tą moją wyprawą na Dach Europy.

Szczerze mówić to nie bardzo pamiętam, kiedy w mojej głowie zrodziła się myśl żeby wspiąć się na jakieś wyższe góry a nie tylko na szczyty tatrzańskie. Czy to było po wejściu na Rysy, Świnicę, Koprowy czy na Krywań? czy wspięciu się na Przełęcz pod Chłopkiem, która była dla mnie dużym wyzwaniem? czy po tym jak weszłam na Grelach? czy po przejściu Orlej Perci? tak naprawdę to chyba nie ma to aż takiego znaczenia. W każdym razie kilka lat temu przemknęło mi przez myśl, że chciałabym pójść gdzieś wyżej. W sferze marzeń mam kilka szczytów które chciałabym zdobyć i być może zostaną już one tylko marzeniami, ale te kilka lat temu stwierdziłam, że Kaukaz to może być całkiem realne marzenie. A skoro Kaukaz to oczywiście Elbrus, czyli 5642 m. n.p.m.

Tak bardzo realnie myślałam o Kaukazie jakieś trzy lata temu i nawet dorobiłam się sporej ilości informacji o górach Kaukazu, ale wtedy moje zdrowie niestety nie chciało współpracować i sporo czasu minęło zanim doprowadziłam moją tarczycę do jakieś tam normalności.

Gdzieś tak na początku 2018 roku wylądowałam w Południku Zero (to taka knajpka podróżnicza w Warszawie) na prezentacji o wyprawie na Kazbek. Później już zupełnie świadomie poszłam na kolejną prezentację o zdobywaniu Kazbeku powadzoną przez Ewą założycielkę Mountain Freaks – agencję górską w Gruzji, która organizuje wyprawy na Kaukaskie szczyty oraz trekkingi w dolinach. Wtedy zaczęłam się bardzo poważnie zastanawiać czy dam radę wspięć się na te pięć tysięcy metrów. Tarczyca zaczęła się normalizować, badania miałam całkiem niezłe, tylko mój Najlepszy Doktor nie do końca miał przekonanie czy powinnam się pchać na takie wysokości. Długo rozmawialiśmy i na koniec usłyszałam „…..nie do końca mi się to podoba, ale jak Pani musi, to niech Pani idzie…..”. Skoro dostałam błogosławieństwo, to mogłam zacząć realnie myśleć jak to wszystko zorganizować, ale tak naprawdę to nie ja znalazłam tę wyprawę tylko ona znalazła mnie ……

Na początku stycznia tego roku Gosia wysłała mi info że Monika Witkowska idzie w lipcu na Kazbek i Elbrus właśnie z Mountain Freaks…. Niewiele myśląc zadzwoniłam do Moni, która niestety nie odebrała telefonu. Monikę Witkowską poznałam jakiś czas temu, bo Monia żeglowała na Solanusie, na którym pływamy z Onko-Sailingiem. Monika już od dawna namawiała mnie na jakieś wspólne wyjście w góry, ale ja miałam co do tego duże wątpliwości. Przede wszystkim czy to nie za wysokie progi jak dla mnie, bo Monia to w końcu dziesiąta Polka która zdobyła Mount Everest. To było w 2013 roku, a teraz ja miałabym wspinać się razem z nią? Jednak po kilku dniach, Monia do mnie oddzwoniła i długo rozmawiałyśmy. Zadałam jej nieskończoną ilość pytań, począwszy od sprzętu, ubrania, butów a skończywszy na treningach i moich wątpliwościach czy dam radę. Pomimo moich wątpliwości, Monia cały czas mnie przekonywała, że mam jeszcze pół roku, a to dużo czasu na przygotowanie kondycyjne i treningi, a sprzęt na pewno ogarnę. No i wreszcie będziemy mieć trochę więcej czasu żeby pogadać. Szczerze mówić, to ten ostatni argument trafił do mnie najmocniej, bo bardzo lubię jak Monia opowiada górskie i żeglarskie historie, a nigdy dotąd nie było czasu żeby pogadać gdzieś dłużej bo Monika to bardzo zajęta osoba i zawsze jest gdzieś w biegu.

Jeszcze tego samego dnia napisałam maila do Mountain Freaks z prośbą o rezerwację miejsca a od następnego dnia zaczęłam przygotowania do wyprawy. Zdecydowałam się na wersję bardziej wymagającą czyli najpierw Kazbek, a potem Elbrus. Ustaliłam sobie plan treningowy i zaczęłam kompletować sprzęt. Przekopałam niezliczone ilości różnych blogów, opisów wypraw, tych zakończonych sukcesem i tych z nieudanych czy nawet tragicznych. Długo wybierałam odpowiednie ubranie i sprzęt. Odwiedziłam wiele sklepów i tych w realu i w Internecie, przymierzyłam wiele, kurtek, spodni, butów, rękawiczek, czapek, membran, windstopperów i waterproofów, seftshelli i różnych innych. Pytałam wiele osób o ich zdanie i co mi radzą i zawsze z dużą uwagą słuchałam tego co mieli do powiedzenia. W ten sposób, po bardzo długim namyśle wybrałam śpiwór, buty i raki. Na buty zdecydowałam się po długich konsultacjach z Moniką – nota bene wybrałam buty które ma Monia i w których chodzi po Himalajach, może nie na ośmiotysięczniki, ale wystarczających na pięć tysięcy z kawałkiem. Wymieniłam na nowe wszystkie swoje kurtki, spodnie, skarpetki, czapki i rękawiczki. Zainwestowałam w bieliznę termiczną. Potem śmiałam się trochę, że mamy teraz z córką zapas do końca życia i nawet możemy się wszystkim wymieniać.

Moje treningi – to osobny rozdział. Przede wszystkim zaczęłam chodzić po schodach – dwa, czasem trzy razy w tygodniu. W styczniu zaczęłam od 40 pięter i było mi bardzo ciężko. Stopniowo wydłużałam ten dystans i w maju to już było 160 pięter. Mój blok ma 8 piętek, więc biegałam po schodach 20 razy. Poznałam prawie wszystkich sąsiadów i wszyscy oni bardzo mocno trzymali za mnie kciuki. Dwa razy w tygodniu biegałam i w maju robiłam już 8 do 10 kilometrów. W moim grafiku umieściłam również siłownię. Skupiłam się na nogach i ramionach, czyli niestety musiałam polubić wiosła. No i zaczęłam się racjonalnie odżywiać. Efekty tego wszystkiego zauważyłam bardzo szybko, bo już w maju ważyłam 10 kilo mniej, a kondycję miałam coraz lepszą.

I ostatnia kwestia, która bardzo mnie niepokoiła, to kwestia jedzenia w górach wysokich. Nie miałam tutaj żadnego doświadczenia, a bałam się o to, bo radykalnie zmieniłam swoje nawyki żywieniowe od jakiegoś czasu odżywiam się bardzo racjonalnie i zdrowo, więc wszelka żywność liofolizowana budziła mój duży niepokój. Ten mój niepokój rozwiała trochę Ewa Stachura z Mountain Freaks. Poznałyśmy się w lutym tego roku na kolejnej prezentacji Ewy o Kaukazie w Południku Zero. Po prezentacji długo podgadałyśmy i wtedy usłyszałam od Ewy, że te liofile to nie jest jedyna opcja. O moim jedzeniu w górach napiszę później trochę więcej, bo to ciekawy temat i na pewno warto poświęcić mu więcej czasu.

Mogę z czystym sumieniem powiedzieć że ten czas od stycznia do początku lipca bardzo dobrze wykorzystałam. Skompletowałam cały sprzęt, kondycyjnie i wytrzymałościowo (jak się później miało okazać) byłam dość dobrze przygotowana i moja wiedza teoretyczna też była całkiem niezła. Pozostało m już tylko skonfrontować to z rzeczywistością i teorię przełożyć na praktykę.

Ale zanim 10 lipca wsiadłam do samolotu do Tbilisi, pozostało mi jeszcze spakować się na tę wyprawę, a to okazało się dla mnie wielkim wyzwaniem …..

Ale o tym już następnym razem.

cdn….

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *