Wyprawa na Rysy – wrzesień 2014.

Wyprawa na Rysy była zaplanowana jeszcze w sierpniu. W pierwszej wersji miało jechać kilkanaście osób, jednak sporo wykruszyło się ze względu na stan zdrowia, inne wyjazdy no i pogodę. W czwartek, przez cały dzień wykonałyśmy masę telefonów i po długich i burzliwych dyskusjach – głównie odnośnie pogody ale także składu naszej ekipy, po południu podjęłyśmy decyzję że jednak jedziemy. W sumie pojechałyśmy w piątkę oczywiście pod patronatem Fundacji Pokonaj Raka: Kasia, Agata, Beatka, Paula no i ja.

Samochód miałam po przeglądzie, więc do Zakopa dotarłyśmy bez nieprzewidzianych przygód, zaoszczędzając Kasi kolejnych traumatycznych przeżyć w okolicach Radomia (Panu Michałowi pomachałyśmy tylko białą chusteczką mijając jego warsztat).

Na Słowację ruszyłyśmy w sobotę przed 6 rano, niestety w okrojonym składzie bo bez Pauli, która bardzo źle się poczuła i zdecydowała się zostać. Skutkiem tego był pyszny obiad który czekał na nas po powrocie. Jako piąta  – dołączyła do nas nasza przewodniczka Helena Gąsienica Roj, która już wcześniej chodziła po górach z podopiecznymi Fundacji Pokonaj Raka. Słowacja powitała nas pięknym wschodem słońca i wspaniałym widokiem ośnieżonego Gerlacha.

Nad Popradskie Pleso ruszyłyśmy około siódmej rano. Po jakiejś godzinie dotarłyśmy nad staw i zaczęłyśmy się wspinać do Chaty pod Rysami. Wszystko było dobrze do czasu kiedy dotarłyśmy do linii gdzie kończy się kosodrzewina. Wtedy zaczęło padać. Wyciągnęłyśmy przeciwdeszczowe kurtki i ruszyłyśmy w górę. Jednak z każdymi 50 metrami wzwyż aura zmieniała się diametralnie. Zresztą nie tylko aura i ale i warunki na szlaku. Najpierw szłyśmy po wodzie, potem po błocie, potem po błocie i śniegu, a w końcu po kamieniach pokrytych lodem. W momencie kiedy skończyła się kosodrzewina – zaczął się śnieg. Najpierw w małych ilościach ale po kolejnych kilkuset metrach brnęłyśmy już w śniegu po kostki, albo po wyślizganym lodzie. Zauważyłam wtedy, że coraz więcej osób, które mijały nas idąc w górę – zawraca. W strugach deszczu i wiejącym wietrze dotarłyśmy do Żabich Stawów. Wtedy Hela zdecydowała, że zakładamy uprzęże a także wyposażyła nas w lonże bo – jak stwierdziła – „przy łańcuchach będzie ciężko”.

W strugach deszczu, ślizgając się po wąskiej ścieżce, pięłyśmy się w górę. Na nic zdało się porządne ubranie, nie sprawdziły się soft shelle, ani water proof wind stoppery -przemokło nam wszystko, bo zdaje się że nie ma dobrych ubrań na ulewy w Tatrach. Dopiero później uświadomiłyśmy sobie że żadna z nas nie zrobiła żadnego zdjęcia, bo nie myślałyśmy o aparacie tylko o tym żeby się nie poślizgnąć i w miarę utrzymywać jakąś tam równowagę na wyślizganej ścieżce. Ostatnie zdjęcie jakie zrobiłam to Żabi Staw w śniegu.

IMG_1945

Na wysokości ok 2000 tys. metrów, może trochę wyżej, Kasia podjęła decyzję że wracamy. Żadna z nas nie oponowała. Przemarznięte, szczękające zębami i przemoczone nie do suchej nitki, bo suchej nitki na nas już nie było tylko – jak to Kasia subtelnie ujęła do mokrych majtek, zaczęłyśmy schodzić. Helena przytomnie powiązała nas linami, co okazało się bardzo mądre, przynajmniej dla mnie bo po jakiś 50 metrach schodzenia, pojechałam na dupie w dół. Dobrze, że Hela była za mną, a Kasia przede mną więc na szczęście daleko nie pojechałam. Ale nie było to miłe uczucie. Kilka razy miałam wrażenie, ze zwieje nas ze zbocza i pofruniemy gdzieś w dół. To zejście do linii kosodrzewiny trwało wieki. A do schroniska szłyśmy jeszcze dłużej, ale zeszłyśmy w całości. W schronisku było czarno od ludzi i długo czekałyśmy na wolny kawałek ławki żeby gdzieś usiąść. Wyżymałyśmy wszystko, rękawiczki, skarpety, czapki, kurtki.

W drodze powrotnej Helena zabrała nas na Symbolicky Cintorin. To jest taki symboliczny cmentarz ludzi gór, tych którzy polegli lub zaginęli w górach. Taterników, himalaistów, wspinaczy, grotołazów, ale też ratowników, toprowców i zwykłych ludzi, którzy zostali w górach na zawsze. Miejsce bez wątpienia magiczne i niesamowite. Myślę że napiszę o nim coś więcej, bo bez wątpienia jest tego warte.

Do Zakopa wróciłyśmy późnym popołudniem, na pyszny obiad przygotowany przez Paulę. Później mieszkanie Beatki zatonęło w naszych przemoczonych ubraniach i zabrakło nam kaloryferów do suszenia. Sporo czasu minęło zanim się ogrzałyśmy. A potem przyszła taka refleksja, że chociaż szkoda że nie udało nam się stanąć na szczycie, to jest to dla nas kolejne doświadczenie. Może gdybyśmy wszystkie miały raki (tylko Agatka miała – może nie raki, ale mini raczki – czyli takie nakładki na buty), może gdybyśmy się jeszcze cieplej ubrały, może……. No ale cóż widocznie tym razem nie było nam dane. Dla mnie Rysy są chyba pechowe, to było moje drugie podejście, a może w moim przypadku będzie – do trzech razy sztuka. Bo na pewno chcę stanąć na szczycie. To sobotnie doświadczenie pokazało nam że umiejętność chodzenia po górach, to umiejętność podejmowania właściwych decyzji we właściwym czasie. Nie sztuką jest wejść na szczyt, bo zawsze potem trzeba jeszcze zejść i trzeba mieć na to zejście siłę. A zawsze to zejście jest o wiele trudniejsze niż wejście. Czasem na wyższe góry wchodzi się łatwiej niż na te niższe. A w sobotę po prostu pokonała nas pogoda, nie góra, ale po prostu zła pogoda. Myślałyśmy że damy radę, niestety przeliczyłyśmy się. A więc, a tę chwilę żegnajcie Rysy. Do następnej próby.

A album z naszego pobytu w Zakopanem i na Słowacji opublikuję za kilka dni.

Zdjęcie zrobiłyśmy nad Popradzkim Stawem – od lewej stoją: Agatka, ja, Kasia, Helena i Beatka.

IMG_1957

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *