Stopem przez Europę ….. w 1991 roku. (część 4 – ostatnia)

Po jakimś tygodniu postanowiłyśmy że czas ruszać dalej. Znowu miałyśmy dylemat jechać czy jeszcze zostać, bo nawiązałyśmy kolejne internacjonalne znajomości. Pamiętam, że koło nas rozbiła się para Brytyjczyków, i kolejne wieczory spędzałyśmy na darmowych konwersacjach. Chyba właśnie wtedy na kempingu w Luksemburgu zrozumiałam co oznacza tak naprawdę stwierdzenie że podróże kształcą. Nas na pewno sporo podkształciły i to nie tylko językowo (choć śmiem twierdzić że nasz angielski bardzo się poprawił po tych kilku tygodniach), ale ogólnie nauczyłyśmy się dawać sobie radę w różnych warunkach i sytuacjach i poruszać się po świecie. No i sporo też zobaczyłyśmy.

 

Nie bardzo chciało nam się wracać do domu, więc zaczęłyśmy kombinować kogo tym razem można odwiedzić po drodze i gdzie. Od mojego Taty wydębiłam telefon do jego kolegi, który mieszkał w Essen i duszą na ramieniu zadzwoniłam do niego. Wujeczek (tak go nazywałam jak byłam mała), wyraźnie ucieszył się gdy usłyszał mój głos i stwierdził, że nie ma problemu możemy przyjeżdżać. Jego żona była w tym czasie Polsce, a do niego przyjechało kilku kuzynów na wakacje i jak się potem okazało, pięciu mieszkających tam facetów potrzebowało kogoś do gotowania i ogarnięcia domu.

Nieświadome niczego (choć na miejscu ogarnęłyśmy i dom i żarcie dla chłopów bez większego problemu – nawet kilka razy upiekłam ciasto) podjęłyśmy z Majką decyzję – jedziemy do Essen. Ciężko było nam się rozstawać z Luksemburgiem, ale czekały na nas kolejne przygody. Pamiętam, że bardzo trudno nam się było z Luksemburga wydostać, bo nikt nie jechał w tym kierunku w którym chciałyśmy. Jakoś ostro kombinowałyśmy i jechałyśmy z różnymi ludźmi byle do jakiejś większej autostrady, tylko że trwało to strasznie długo. Pamiętam jakieś starsze małżeństwo, później jechałyśmy z młodymi ludźmi, z jakąś dziewczyną, ale były to bardzo krótkie dystanse i niekoniecznie w dobrym kierunku. Próbowałyśmy dostać się na jakąś autostradę z której będzie już łatwo złapać transport do Kolonii, bo z Kolonii do Essen to już tylko rzut beretem. Kiepsko nam to szło, ale powoli posuwałyśmy się może nie do przodu, ale w słusznym kierunku. Przed wieczorem dotarłyśmy gdzieś w okolice Koblencji i stwierdziłyśmy, że jesteśmy już tak zmęczone, że zostajemy na noc, bo nie będziemy ryzykować i podróżować nocą. Stacja benzynowa, a raczej jej okolice wydawały nam się bezpieczniejsze. Rozbiłyśmy namiot w krzakach właśnie przy jakiejś stacji benzynowej, a następnego dnia z samego rana próbowałyśmy szczęścia dalej.

Szczerze mówiąc nie bardzo pamiętam tę podróż do Essen, to znaczy to z kim jechałyśmy i dokąd. Pamiętam dokładnie tylko dwa samochody i ich kierowców. Pierwszy to młody chłopak w jakimś kabriolecie. Ten odcinek naszej drogi był naprawdę ciekawy. Przede wszystkim chłopak mówił tylko po niemiecku, więc musiałam wysilić się intelektualnie żeby się z nim dogadać. Jak już dogadaliśmy się gdzie nas wyrzuci, to upchnął na tylnym siedzeniu plecaki i Majkę, założył bejsbolówkę, włączył na cały regulator muzykę, kazał mi się dobrze zapiąć i ruszył. Czy jechaliście kiedyś kabrioletem z prędkością ponad 150 km/h przy otwartym dachu? Do tej pory ja też nie jechałam, ale zawsze musi być ten pierwszy raz. Ryk silnika, huk autostrady i muzyka na cały regulator, która próbowała to wszytko zagłuszyć. Gdy odwróciłam się do Majki, zobaczyłam ją wciśniętą pomiędzy plecaki pogrążoną w jakimś letargu, a jej włosy stały pionowo nad jej głową. Nigdy nie myślałam że pęd wiatru może być taki silny.

Dziękowałam Bogu i Opatrzności, że ta podróż kabrioletem nie była zbyt długa bo jak wysiadłyśmy to potrzebowałyśmy chwili żeby odpocząć, po tak ekstremalnej podróży no i trochę czasu żeby usłyszeć co do siebie mówimy.

Gdzie nas ten facet wyrzucił, nie pamiętam, ani tego z kim jechałyśmy później. Pamiętam tylko że wszyscy Niemcy wyrzucali nas w okolicach parkingów na autostradzie, bo podobno łapanie stopa bezpośrednio na autostradzie było niedozwolone. Poza chłopakiem w kabriolecie, z tej drogi do Essen pamiętam jeszcze naszą ostatnia prostą i była to chyba droga z Dusseldorfu. Zatrzymał się jakiś mocno zdezelowany samochód. Jechało w nim trzech facetów. Oczywiście mówili tylko po niemiecku. Jechali do Essen. Podałam im adres Wujeczka, a oni stwierdzili że dokładnie wiedzą gdzie to jest. Na naszą wątpliwość czy aby na pewno zmieścimy się w piątkę z dwoma plecakami, postawili sobie za punkt honoru że nas upchną. Upchnęli. I plecaki też. Znowu miałam całą drogę przymusowych konwersacji, tym razem po niemiecku. Dałam radę, choć ten język nie jest moją mocną stroną, ale już wtedy zdawałam sobie sprawę z tego że nie zawsze trzeba znać język biegle, trzeba po prostu umieć się porozumieć na interesujący nas temat. Pamiętam, że chłopaki próbowali się z nami umówić na później, ale gdy późnym wieczorem zaparkowali na podjeździe pod domem Wujeczka, a z domu wyszło pięciu facetów żeby nas przywitać – odpuścili.

No cóż wylądowałyśmy w Essen, w całkiem pokaźnej chałupie. Ponieważ ciotka była w Polsce, a w domu mieszkało pięciu facetów (Wujeczek, jego syn, kolega syna i dwóch kuzynów z Polski szukających pracy), okazało się że miałyśmy co z Majką robić przez kilka pierwszych dni. Ogarnęłyśmy dom, zaopatrzyłyśmy lodówkę (przy okazji same jedząc normalnie), pogotowałyśmy trochę, kilka razy upiekłam jakieś cisto, zrobiłam bezy i nawet ukręciłam ptasie mleczko, choć kupno żelatyny było dla mnie sporym wyzwaniem. W ramach rewanżu chłopaki obwieźli nas po okolicy. Zwiedziliśmy Essen, Dusseldorf, Kolonię, pojechaliśmy do Parku rozrywki Phantasialand i zwiedziliśmy ZOO w Kolonii czyli ten słynny Cologne Zoological Garden.

Niestety z wielkim smutkiem, zauważyłyśmy, że kończy się wrzesień. Majka musiała wracać do Polski, bo miała jakiś zaległy egzamin, a ja zdecydowałam że zostanę jeszcze przez chwilę. Ogarniałam chłopakom dom i gotowałam obiadki i szczerze mówić zastanawiałam się czy w ogóle wracać do Polski. Mój niemiecki bardzo się poprawił i coraz lepiej mi się rozmawiało również z obcymi ludźmi. Zostałam na dłużej. Jak tak patrzę na to z perspektywy czasu to zastanawiam się czy to była dobra decyzja, bo na pewno w trakcie tego pobytu utwierdziłam się w przekonaniu, że nie mogłabym zostać w Niemczech na stałe. Zawsze byłam bym Polką, pracującą fizycznie (no chyba że dobrze wyszłabym za mąż), wycierającą dzieciom tyłki i sprzątającą u bogatych Niemców. To chyba nie był szczyt moich marzeń. Po jakimś czasie wróciłam do Polski i udało mi się nadgonić wszystko na studiach. Chociaż ten mój pobyt w Niemczech też mi sporo dał i chyba nie skłamię jak powiem, że miał wpływ na moje dalsze życie i decyzje jakie w nim podejmowałam. Ale to już temat na zupełnie inną historię, a ta wakacyjna przygoda z 1991 roku, przyczyniła się do tego że pokochałam podróże, bo zaraz po studiach zrobiłam uprawnienia pilota wycieczek i pozwiedzałam trochę świata z różnymi biurami podróży. Zresztą do tej pory to uwielbiam, ale to podróżowanie teraz jest już trochę inne, niż tamto prawie 30 lat temu…..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *