Leczenia ciąg dalszy – naświetlania i….. powrót do biegania.

Pierwszy raz wyszłam z domu żeby pobiegać równo dwa tygodnie po operacji. Chociaż raczej to nie było bieganie, tylko truchtanie. Taki powolny 3-kilometrowy truchcik. Inni chodzą z kijkami, ja chodzić nie umiem, tym bardziej chodzić z kijkami. Wolę potruchtać. Bez kijków. Było mi bardzo ciężko. Byłam bardzo słaba. Zrobiłam trzy pętelki wokół mojego osiedla, tak na wszelki wypadek, gdybym musiała zrezygnować, gdyby zabrakło mi sił. Biegałam tak co dwa – trzy dni przez ponad trzy tygodnie. Dopiero po miesiącu odważyłam się pobiec kawałek moją stałą trasą. Też tylko 3 kilometry.

Pod koniec marca jak już zdjęto mi wszystkie szwy, nabyłam sobie piękną protezę. Długo wybierałam, przebierałam, oglądałam i w sklepach i w sieci, w końcu znalazłam taką akurat dla mnie. A wieczorem założyłam mojego starego Shock Absorbera z moją nową protezą. I pobiegłam. Proteza leży super, chociaż miałam duże wątpliwości jak to będzie z tym bieganiem z protezą.

Poza tym  cały kwiecień minął pod hasłem przygotowań do radioterapii. Badania, wizyty na Wawelskiej, tomografia, rysowanie mnie, przygotowanie tzw. szablonów do naświetlań. A ja? Coraz bardziej się bałam. Jak to zniosę? Czy będą popatrzenia? Jak wytrzymam ponad miesiąc bez moczenia prawej części ciała? I jak to będzie jak będą upały? Czy bardzo spadnie mi morfologia? Czy dam radę bez sterydów? Bo już prawie wróciłam do mojej normalnej wagi po poprzednich sterydach. Oczywiście z naciskiem na „prawie”, bo jeszcze kilka kilogramów mi zostało.

Zaczęło się 5-go maja. Pierwsze dwa tygodnie było nie źle, to znaczy nie było poparzeń. Z morfologią było gorzej. Poleciała w dół i to sporo. Zaprzyjaźniłam się bardzo z: sokiem z buraków, pietruszki i marchewki, czerwonymi owocami – głównie granatem, jagodami acai, żurawiną i surowym mięsem. A jako przerywnik, barszczyk czerwony. I tak do końca maja. Na buraki do tej pory nie mogę patrzeć, ale dałam radę i to bez sterydów.

Nauczyłam się kąpać bez moczenia prawej strony, nawet nieźle mi to poszło.

Najgorsze jednak było to, że zabroniono mi jakiegokolwiek wysiłku fizycznego. ZERO JAKICHKOLWIEK ĆWICZEŃ. Nawet z masażem ręki miałam uważać. Nie mówiąc już o bieganiu. I tak prawie do połowy czerwca.

I niestety pojawiły się popatrzenia, brzydka czarna, sucha skóra – jak papier i straszne ilości piegów. Ale w szpitalu dano mi specjalne smarowidło, a potem dostałam krem – Pharmaceris X XRAY ……… i po dwóch tygodniach zaczęła mi odrastać zdrowa skóra a po miesiącu było już całkiem dobrze. W połowie czerwca weszłam wreszcie do wanny. Cała. Moczyłam się ponad godzinę, za ten ponad cały miesiąc. W tej chwili skórę mam już prawie normalną bez przebarwień. Znowu z naciskiem na „prawie”, bo nie wiem czy ta część mojego ciała gdzie kiedyś była pierś, a teraz jej nie ma będzie kiedykolwiek normalna.

Zamknęłam więc kolejny etap pt. naświetlania.

W trzecim tygodniu czerwca po raz kolejny wróciłam do moich ….. 3 kilometrów. Ale już nie czuję takiego zmęczenia i już nie truchtam noga za nogą. Biegam, powoli ale biegam. I zaczynam wymyślać nowe wyzwania. Ale o nich innym razem, jak wszystko sobie powoli poukładam.

2 myśli nt. „Leczenia ciąg dalszy – naświetlania i….. powrót do biegania.

    • Dzięki, również życzę wytrwałości i wytrwania w bieganiu. Bieganie daje siłę, przynajmniej mnie dało. Tobie też tego życzę 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *