Nasze pierwsze regaty pod banderą Fundacji Piękniejsze Życie i Grupy Żeglarskiej ONKO-SAILING.

Gdyby mi ktoś powiedział rok temu, że to moje pływanie nabierze takiego rozmachu, to chyba bym mu nie uwierzyła….. a jednak …. Życie potoczyło się tak, że coraz częściej ląduję na jachcie w różnych dziwnych miejscach. Aż strach pomyśleć co będzie dalej…

Ale znowu muszę zacząć od początku. W czerwcu tego roku zostałam zaproszona na piknik z okazji 10-lecia Fundacji Piękniejsze Życie. Kiedyś wzięłam udział w filmie promującym działania Fundacji i poprzez to, może trochę nieświadomie stałam się osobą która będzie już na zawsze w jakimś stopniu z Fundacją związana. I bardzo dobrze, bo bardzo identyfikuję się z tym co Fundacja robi dla kobiet żyjących z pasożytem.

IMG_3343

Dzięki temu że razem z Gosią pojechałyśmy na ten piknik, poznałyśmy wielu sponsorów Fundacji. Poznałyśmy również wiele osób zrzeszonych w Polskim Związku Przemysłu Kosmetycznego i tak od słowa do słowa rozmowa z tymi ludźmi zeszła na tematy ONKO-SAILINGOWE. Właśnie wtedy dowiedziałyśmy się o regatach Konfederacji Lewiatan, która zrzesza wiele firm związanych właśnie z Polskim Związkiem Przemysłu Kosmetycznego. Po kilku minutach usłyszałyśmy, że bardzo dobrą formą promocji Fundacji Piękniejsze Życie i nas – czyli naszej ONKO-SAILINGowej Grupy Żeglarskiej byłyby udział w takich regatach pod wspólną banderą. Nie trzeba było nas zbytnio przekonywać. Natychmiast wykonałyśmy telefon do Michała, z pytaniem czy popłynie z nami jako sternik. Też nie musiałyśmy Michała długo namawiać, powiedział że z nami idzie wszędzie i to w ciemno – cokolwiek to oznacza…… Dołączył do nas jeszcze Andrzej, który w między czasie zrobił uprawnienia żeglarza jachtowego i Kasia – jako przedstawicielka Fundacji Piękniejsze Życie. Trochę nam się Kasia bała, bo nie bywała wcześniej na wodzie, ale że Kasia to równa babka z bardzo dużym poczuciem humoru, doszłyśmy do wniosku, że damy radę. Musimy, bo nie mamy innego wyjścia. I tak nam się stworzyła całkiem nie zła załoga.

W piątek 2-go września zameldowaliśmy się w Mikołajkach, odebraliśmy jacht, zamustrowaliśmy się na nim, a potem poszliśmy poznać resztę uczestników regat. Impreza integracyjna zaplanowana była na dość późny wieczór, ale nie dotrwaliśmy do końca. Po prostu byliśmy zmęczeni podróżą, a poza tym Michał zarządził następnego dnia pobudkę o 6.30 i przygotowanie jachtu do regat, więc dość szybko poszliśmy spać.

Faktycznie wstaliśmy wcześnie i po szybkim śniadaniu o 7.00 rano, zajęliśmy się organizacją pracy na jachcie. Zainstalowaliśmy wszystkie bandery pod salingiem, sprawdziliśmy silnik, wszystkie sznurki i szmaty ……. sorry – żagle, położyliśmy na próbę maszt (bo to też nas po drodze czekało) i przed 10.00 wyszliśmy z mariny, bo musieliśmy dość sprawnie dotrzeć na miejsce regat – czyli jezioro Tałty.

Praktycznie całą sobotę byliśmy na wodzie, z krótką przerwą na szybki obiad. W sumie, w sobotę były cztery biegi i do Mikołajek wróciliśmy dopiero koło 19.00. Powiem tak; te sobotnie wyścigi, to była ciężka praca. Żeglując na morzu, przy dobrych wiatrach, jednym halsem można płynąć dobę, albo dwie, albo jeszcze dłużej. Tutaj – na jeziorze – non stop robiliśmy zwroty, czasem kilka na minutę. Każdy z nas dostał swój zakres obowiązków. Michał zarządzał sterem, Andrzej grotem, my z Gosią „obsługiwałyśmy” fok, a Kasia robiła zdjęcia, a w międzyczasie krzyczała, że boi się wody i nie chce nam przeszkadzać. Chociaż, czasem również pomagała przy szotach i bardzo sprawnie zarządzała termosami z kawą i herbatą oraz prowiantem. Tak szczerze mówiąc to ta praca przy szotach była najbardziej męcząca. Ale z drugiej strony, to po kilku godzinach doszłyśmy z Gosią do takiej wprawy, że przerzucałyśmy fok już prawie bez komend, a zajmowało nam to jakieś trzy sekundy. Później, zgodnie stwierdziłyśmy że jak jeszcze trochę poćwiczymy, to zejdziemy do dwóch……

Trochę baliśmy się pogody i tego że będzie padać, ale w sobotę obyło się jednak bez deszczu i tak na prawdę to był to bardzo udany i fajny dzień. Były momenty, że całkiem nie źle wiało, więc dało się trochę pożeglować. A w ostatnim biegu weszliśmy na metę jako druga łódka w naszej klasie. Trochę gorzej było w niedzielę, bo popsuła się pogoda. Było sporo chmur, trochę pokropiło i dość długo czekaliśmy na wiatr i ….. niestety nie doczekaliśmy się. Były tylko dwa biegi i to bardzo krótkie, więc zamiast ćwiczyć zwroty, drzemałyśmy z Gosią na dziobie, dociążając łódkę. Tylko Kasia była szczęśliwa, że nie było przechyłów i kołysania. Na szczęście rozpadało się na dobre gdy dobiliśmy do mariny i przerzuciliśmy rzeczy do samochodu.

Jak tak na spokojnie podsumowaliśmy te dwa dni, to od kapitana Michała usłyszeliśmy, że jest z nas dumny, że tak dobrze poradziliśmy sobie na wodzie. W klasyfikacji generalnej na 34 łódki zajęliśmy szesnastą pozycję, a w naszej klasie dziesiątą na 16 łodzi. Jak na debiut, to wypadliśmy całkiem nie źle. Wiele osób nam gratulowało, a my dostaliśmy dyplom i pierwszą statuetkę. To nasze pierwsze poważne żeglarskie trofeum.

Mam jeszcze taką satysfakcję, bo wiele razy dostałam do ręki ster i udało mi się tę naszą łódkę prowadzić. Trochę to było inaczej niż na jachtach z kołem sterowym, na których pływałam do tej pory, ale szybciutko nauczyłam się manewrowania. Prowadziłam łódkę jak płynęliśmy pod mostami w Mikołajkach i w tych wszystkich momentach kiedy Michał szedł do żagli, albo do masztu. Tak sobie myślę, że chyba nie dałby mi steru, gdyby nie miał do mnie zaufania, że sobie poradzę. W każdym razie na pewno było to nowe doświadczenie dla każdego z nas. Michał powoli wraca do swojego żywiołu, Andrzej żeglował już z papierami żeglarza jachtowego, Kasia przełamała swój strach przed wodą, a my z Gosią zdobyłyśmy trochę doświadczenia na kolejnej łajbie. Tylko później wszystko nas bolało. Nie czułam rąk (rękawiczki nadają się do wyrzucenia), bolały nogi od zapierania się przy wybieraniu szotów, no i ogólnie – dwa dni na wodzie i świeżym powietrzu wszystkim z nas dały w kość. Ale nie żałujemy ani chwili. Spędziliśmy fantastyczny weekend, w fantastycznym towarzystwie, poznaliśmy sporo niesamowitych ludzi i zdobyliśmy kolejne żeglarskie doświadczenia. Płynęliśmy pod banderą Fundacji Piękniejsze Życie i naszą jako ONKO-SAILG. Wiele osób gratulowało nam odwagi i tego co robimy, pomimo naszych onkologicznych ograniczeń i naszej choroby. Jak to Kasia subtelnie określiła – ludzie zrzeszeni w Polskim Związku Przemysłu Kosmetycznego zobaczyli – w postaci naszego udziału w regatach – namacalny dowód na to, że Fundacja Piękniejsze Życie działa, i zrzesza takich jak my. Że te działania Fundacji nastawione są na pomoc ludziom, właśnie takim jak my, bo właśnie my jesteśmy tego przykładem. Dzięki Kasiu, że dałaś nam szansę wziąć udział w tych regatach i przede wszystkim za to że popłynęłaś w naszej załodze. Bo stworzyliśmy super załogę. I mam nadzieję że stworzyliśmy taką załogę nie po raz ostatni i że nie był to nasz ostatni udział w regatach Konfederacji Lewiatan, bo wiele osób pytało nas czy wrócimy za rok……. Wrócimy? Na pewno. Może nawet większą ekipą???

Jedna myśl nt. „Nasze pierwsze regaty pod banderą Fundacji Piękniejsze Życie i Grupy Żeglarskiej ONKO-SAILING.

  1. Wszystko co Aga napisała to prawda….dzięki , że mogłam przeżyć taką przygodę i powiem w sekrecie, że bardzo mi się to spodobało i jak tylko będzie można ruszam na następne regaty oczywiście z wami wszystkimi (Kasiu Ty też, szanty zaśpiewałaś więc przepadłaś)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *