Ile kosztuje reklama Fundacji Nasze Dzieci? I po co ona jest? I dlaczego tych wydatków nie możnaby spożytkować w bardziej potrzebny sposób?

Od jakiegoś czasu widzę tę reklamę wszędzie. W różnej postaci, ale jest na każdej ulicy. W tym tygodniu niedaleko miejsca gdzie mieszkam na 500 metrowym odcinku ulicy zobaczyłam 6 bilbordów jeden po drugim, a dziś na dojazdówce do Makro w Ząbkach na 200 metrowej ulicy naliczyłam ich 5. No i tutaj pojawia się pytanie – kto za to płaci? Czy jest to jakaś kampania społeczna? Darmowa? Raczej nie sądzę bo darmowe bilbordy pojawiają się na krótko, a te wiszą już od dobrych kilku tygodni i to w zmiennej formie. Jakie są koszty takiej reklamy?

Nie wiem czy ktoś może udzielić na to pytanie odpowiedzi, ale bardzo jestem ciekawa. Szczególnie w ostatnich dniach, kiedy w sieci pisze coraz więcej kobiet, matek dzieci niepełnosprawnych. Ale nie takich niepełnosprawnych „wysoko funkcjonujących” tylko tych niepełnosprawnych, które nie potrafią żyć samodzielnie i potrzebują opieki 24 godziny na dobę. Przyznam się że czytam te historie i szlag mnie trafia coraz większy. Grafika którą zamieściłam wczoraj pokazuje realia życia w naszym państwie. Obrońcy życia interesują się tylko płodem, a jak ten płód się już urodzi, to umywają ręce. Bo matka takiego dziecka, nie wyjdzie przecież na ulicę protestować i domagać się pomocy od państwa, bo musi zająć się dzieckiem w domu. Bo jest mu potrzebna non stop. Przy jedzeniu, piciu, sikaniu, spaniu, zmianie pampersów, często przy oddychaniu. Swoją drogą ciekawa jestem kto opiekuje się niepełnosprawnym dzieckiem pani Godek, gdy ta zajmuje się obroną życia poczętego. Może się mylę, ale chyba to dziecko nie jest w stanie wegetatywnym, skoro jego matka ma czas na działalność społeczną ? – sorry antyspołeczną.

Weszłam sobie na stronę Fundacji Nasze Dzieci, która podpisuje się pod tymi bilbordami. Poczytałam. Szkoda, że opisane tam historie, to tylko przypadki kobiet, które są szczęśliwe, bo urodziły dzieci i te żyjące, i te martwe, i te które zmarły zaraz po urodzeniu. Ale te „przypadki” nie są jedynymi „przypadkami”. Są kobiety których psychika nie zniesie takiego obciążenia, jak noszenie w sobie umierającego dziecka. Są kobiety niewierzące w Boga i nie wierzące w cuda, których pragmatyczność każe trzeźwo patrzeć na rzeczywistość – czy udźwigną taki ciężar, czy dadzą radę dalej z nim żyć i jak to ich życie będzie dalej wyglądać, zwłaszcza gdy nie jest pierwsze dziecko. Poświęcenie się dziecku w stanie wegetatywnym i zaniedbanie tych dzieci które już są na świecie, które również potrzebują matki. Co jest lepsze? Każdy taki wybór jest ciężki, ale nie wyobrażam sobie żeby takiego wyboru dokonywały osoby trzecie, no bo skąd one mają wiedzieć co jest dla danej kobiety lepsze? Każda taka sytuacja jest wyjątkowa i każdą należy traktować indywidualnie. Ale decyzja należy to tych, których ta sytuacja dotyczy bezpośrednio. Nie widziałam żeby działacze pro-life pomagali matkom niepełnosprawnych dzieci. Nie widziałam żeby robili to politycy, którzy głośno krzyczą, że kobiety mają rodzić zawsze i wszędzie i w każdej sytuacji. A potem tacy działacze przychodzili do profesora Dębskiego i prosili o terminację ciąż ich żon, córek, sióstr czy kuzynek. Dlaczego? Bo ich sytuacja była wyjątkowa. Tak jak powiedział to profesor Dębski – „wyjątkowa, bo dotyczyła ich osobiście”. Dokładnie tak, jeżeli problem dotyczy nas personalnie, patrzymy na niego zupełnie inaczej. Przykład? – proszę bardzo. Jestem totalną przeciwniczką eutanazji, ale gdy wiele lat temu umierała moja mama, a ja patrzyłam na jej agonię i jej męczarnię, uwierzcie mi proszę, że zrobiłabym wszystko żeby jej pomóc, żeby ulżyć w jej cierpieniu. Na szczęście to nie trwało długo. Możecie mnie zmieszać z błotem, bo pomimo całej mojej rozpaczy, jej śmierć przyjęłam z ulgą, bo skończyła się jej męczarnia.

Może na stronie Fundacji Nasze Dzieci, warto napisać coś o kobietach, które rodziły martwe płody i nie poradziły sobie z tym i do tej pory leczą się psychiatrycznie i są w permanentnej terapii? Może warto napisać o tych matkach które są więźniami własnych dzieci w stanie wegetatywnym, o matkach które nie mają czasu na zajęcie się starszym rodzeństwem takich dzieci? O matkach, które nie mogą choć trochę dorobić do głodowych zasiłków które daje nasze państwo, a nie mają bogatych mężów, bo ich mężowie zwyczajnie odeszli, nie mogąc udźwignąć problemu niepełnosprawnego dziecka?

Pewnie ktoś zada mi pytanie – czy ja mam prawo o tym pisać i poruszać ten temat? No cóż – jestem kobietą, jestem matką – urodziłam dwoje dzieci. Byłam w ciąży dwa razy. Tylko kobieta, która w tej ciąży była, wie na czym polega te 9 miesięcy życia z dzieckiem pod sercem. Tylko ona zna te wszystkie obawy, te troski z którymi budzi się codziennie rano – czy dziecko urodzi się zdrowe, czy wszystko będzie ok, czy coś złego nie wydarzy się w trakcie porodu, czy poród przebiegnie bez komplikacji, czy może gdzieś się objawią jakieś wady ukryte i tylko ona ma świadomość że to wszystko dotyczy jej dziecka. Szlag mnie trafia gdy na ten temat wypowiadają się kobiety bezdzietne, już dobrze po trzydziestce i jeszcze starsze, które pewnie już tych dzieci nigdy mieć nie bedą. CO ONE MAJĄ W TEJ SYTUACJI DO POWIEDZENIA NA TEMAT RODZENIA DZIECI ????? Szlag mnie trafia gdy mówią o tym starsi panowie w garniturach i jakimś mniej lub bardziej mądrym wywiadzie telewizyjnym, którzy umarliby ze strachu przy pierwszych skurczach porodowych, nie mówiąc już o całym okresie połogu, bo tego nie przetrzymaliby na pewno.

Może zamiast gadać co kobiety powinny, a czego nie – zajmijcie się pomocą dla tych dzieci już żyjących i dla ich matek walczących o te dzieci. Spójrzcie na ilość zbiórek w sieci, na najróżniejszych portalach, zrzutkach – na dziecięce operacje, przeszczepy, rekonstrukcje, na leczenie dzieci onkologicznych, dzieci z rzadkimi chorobami genetycznymi, dzieci z mukowiscydozą. Może zamiast wydawać pieniądze na idiotyczne bilbordy, na promocje indywidualnych pokoi do płaczu i separacji, może lepiej byłoby uratować choć kilkoro z tych dzieci które już się urodziły?

Wiem że to pytanie retoryczne, ale musiałam to z siebie wyrzucić, bo niestety ale rzucanie k…..mi od jakiegoś czasu przestaje mi wystarczać……

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *