Regaty Northman-Cup 2016 i my……. czyli ONKO-SAILING na Mazurach.

Kiedy w czerwcu zaczęłyśmy z Gosią planować nasze regaty z Fundacją Piękniejsze Życie, nikt nie przypuszczał, że tych naszych żeglarskich przygód będzie trochę więcej. Bo Michał, idąc tak trochę za ciosem, a trochę na żywioł, załatwił nam za nieduże pieniądze udział w Northman-Cup 2016.

Pomimo że zaplanowaliśmy nasz wyjazd dokładnie, mało brakowało, aby on w ogóle nie doszedłby do skutku. Razem z Gosią, Haną i Andrzejem mieliśmy pojechać moim samochodem do Giżycka w czwartek wieczorem. Niestety w środę rano, kiedy zeszłam do garażu, zauważyłam zamiast samochodu puste miejsce w garażu….. Razem z nim ulotniło się również to wszystko co było już spakowane na regaty, czyli nasz Onko-Sailingowy dobytek i masę innych bardzo ważnych dla mnie rzeczy. Prawie cały dzień spędziłam na policji – zeznania, oględziny, protokoły, spisywanie, wizja lokalna, itp. Wkurzona byłam strasznie, ale Gosia zaparła się że muszę jechać i namówiła Andrzeja żeby przyjechał swoim samochodem i nas wszystkie zabrał. Nie miałam przekonania do tego wyjazdu, bo w stanie psychicznym byłam fatalnym, ale tak z pespektywy czasu, tych kilka dni nad jeziorem – to była jednak dobra decyzja.

Do Giżycka dotarliśmy tuż przed północą. Na jachcie czekał już na nas Michał…… No właśnie jacht – czyli MAXUS 33.1 RS – cudna, ogromna i prawie luksusowa łajba. Tradycyjnie wylądowałyśmy z Gosią w kabinie rufowej. Zdaje się ze spanie z głową w silniku to już taka nasza tradycja. Chyba obie z Gosią potrzebowałyśmy resetu po przejściach dnia poprzedniego, więc od razu wzięłyśmy po piwie i poszłyśmy pośpiewać szanty na parkujący niedaleko jacht. Niestety Michał zarządził, że wcześnie rano musimy wyjść z mariny, więc dość szybko wróciłyśmy do naszej kabiny na rufie. Tak naprawdę, to zmęczenie, i to fizyczne, i to psychiczne chyba jednak dało mi się we znaki bo zasnęłam na tej rufie natychmiast…..

Ranek powitał nas piękną pogodą. Zjedliśmy szybko śniadanie, bardzo szybko ogarnęliśmy wszystko na jachcie i kilka minut po dziewiątej wyszliśmy z mariny. Michał jak zwykle postawił mnie za sterem, a sam – razem z Gosią i Andrzejem – wziął się za kładzenie masztu. Wszyscy byliśmy bardzo szczęśliwi, że tym razem popłynęła z nami Hana, bo ona zajęła się tym co robi najlepiej, czyli robieniem zdjęć. Wreszcie Michał nie opieprzał nas przez cały czas, że zamiast skupić się na zwrotach, linkach, szmatach i sznurkach ciągle łapiemy aparaty. Zdjęcia robiła Hana, dlatego mamy całkiem niezłą dokumentację naszego weekendowego żeglowania. Na złożonym maszcie przeszliśmy starym kanałem z jeziora Niegocin na Kisajno, a dla mnie sporym wyzwaniem było prowadzenie jachtu w tych wąskich przesmykach. Często oddawałam ster Michałowi, bo po prostu nie czułam się za nim zbyt pewnie….

Dzień był piękny, słońce świeciło, plażing na pokładzie kwitł, a flauta trwała niezmiennie. W połowie dnia zaczęłyśmy z Haną śpiewać naszą ulubioną piosenkę EKT z tym sławetnym refrenem „……i czy wiało, czy nie wiało, na silniku jechaliśmy drogę całą……”, a Gosia w pewnym momencie zarządziła …….kąpiel w jeziorze. No cóż, jestem zwierzęciem ciepłolubnym i nie bardzo lubię włazić tam gdzie zimno, tym bardziej że od operacji mam jakiś taki wewnętrzy lęk przed wejściem do wody, no bo ręka może puchnąć i jak ja sobie w tej wodzie poradzę, ale jak wszyscy wskoczyli do jeziora to stwierdziłam że raz kozie śmierć…. Popływałam, tragedii nie było, ręka nie bolała, nie spuchła, wręcz przeciwnie, jak już wlazłam do tej wody, no to wyleźć nie bardzo miałam ochotę. Dopiero wieczorem w Węgorzewie miałam się dowiedzieć, że ta nasza kąpiel wzbudziła niemałą sensację na mijających nas jachtach sunących tłumnie na regaty „… a to wy się w tej zatoczce kąpaliście???……”, „…..nie było za zimno na pływanie w jeziorze???…..” itd.

14379830_10206547597919066_8015196874195891622_o

Do Węgorzewa dotarliśmy późnym popołudniem, zjedliśmy obiad, zrobiliśmy jakieś zakupy, a przed wieczorem dotarła do nas Bożenka, a po chwili Kasia z Beatką. Beatka przyjechała z gitarą, więc nasz jacht stał się miejscem gdzie zeszło się sporo ludzi i do późnej nocy śpiewaliśmy i dzieliliśmy się wrażeniami z żeglowania. Z drugą gitarą dołączył do nas Robert ze swoją załogą, z później jeszcze inni „mazurscy” znajomi Michała. Znowu późno poszliśmy spać, ale rano wszyscy rześko wstali gotowi na nowe wyzwania. Przed wyjściem z mariny Michał zarządził dokładne zaształowanie wszystkiego w mesie i kibelku, co później okazało się bardzo dobrym pomysłem, bo wiatr był spory i nie raz szliśmy w dość ostrym przechyle, więc na szczęście nic nam luzem w kokpicie nie latało.

W regatach brało udział 107 jachtów. Już dużym wyzwaniem było wieczorne parkowanie, bo jachty miejscami stały w trzech rzędach…., więc jak to wszystko ruszyło na Kanał i Węgorapę, to ścisk przy wyjściu na Mamry był spory. Start był coś koło południa, bo dość długo czekaliśmy aż wszyscy postawią żagle i zbliżą się do linii startu. Stawianie żagli poszło nam bardzo sprawnie, no ale przecież jesteśmy bardzo zorganizowaną załogą. Ponieważ trochę wiało, to zanim wystartowaliśmy, poćwiczyliśmy sobie zwroty i manewrowanie sznurkami od żagli. Michał stał za sterem, Andrzej dostał do „obsługi” talię grota, my z Gosią tradycyjnie już zabrałyśmy się za szoty foka, a Bożenka dzielnie nam przy tych sznurkach wspierała. Kasia z Beatką za to, pomagały Michałowi kombinować jaką obrać strategię przy zwrotach, w między czasie pomagając Andrzejowi przy grocie. Hana dostała najbardziej odpowiedzialną pracę, bo cały czas robiła zdjęcia. Podział pracy się sprawdził, musiałyśmy tylko z Gosią zmienić formę wybierania szotów. Po prostu ciągnęłyśmy te z przeciwległej burty bo inaczej pozabijałybyśmy się o własne nogi. Bożenka dzielnie nam w tym pomagała, a w najbardziej neuralgicznych momentach – czyli w przesmyku między Mamry a Święcajty, wszystkie stanęłyśmy do szotów, bo przy częstotliwości trzech zwrotów na minutę, każda para rąk była potrzebna. Dotarliśmy do mety gdzieś tak w połowie stawki, na tyle wcześnie, że jeszcze udało nam się zaparkować przy kei. Po jakiejś godzinie, jachty znowu parkowały w trzech rzędach, więc ogólnie biorąc robiło się coraz bardziej wesoło i integracyjnie.

Ponieważ w ciągu dnia nie bardzo udało nam się coś zjeść w tym ferworze walki z żaglami, więc głodni byliśmy strasznie. Po regatach Northman ma zwyczaj zapraszania wszystkich na grilla i na smażone ryby. Faktycznie ryby były super – jadłam sandacza i węgorza, była jeszcze sielawa i jeszcze coś, ale niestety nie jestem biegła w odróżnianiu gatunków ryb. Po wręczeniu nagród (Gosia znowu wylosowała zegarek – kolejny do kolekcji), była kolacja i tak zwane tańce hulanki i swawole. Później z Gosią i Beatką poszłyśmy z gitarą do ogniska trochę pośpiewać i zgodnie stwierdziłyśmy, że musimy przygotować sobie śpiewnik szant i żeglarskich piosenek. A może odkopię swoją gitarę i następnym razem i ja spróbuję pograć…….  Zobaczymy.

Impreza jeszcze trwała w najlepsze, kiedy urwałam się po angielsku i poszłam spać, bo po prostu byłam już zmęczona. Rano, jak tylko udało się odblokować nasz jacht, ruszyliśmy z powrotem do Węgorzewa. Wyszliśmy z mariny tak koło 9.00, bo chcieliśmy jeszcze chwilę pożeglować, a koło południa trzeba było jacht oddać. Zupełnie na luzie postawiliśmy żagle i cieszyliśmy się ostatnimi w tym roku promieniami słońca na wodzie. Później oddaliśmy jacht i koło14.00 ruszyliśmy w drogę powrotną do domu.

Podsumowanie? Spędziliśmy bardzo fajny weekend na jachcie w bardzo fajnym towarzystwie. Pożeglowaliśmy, pośpiewaliśmy i niestety pożegnaliśmy lato. A na koniec – taka moja mała dygresja – chciałabym zadedykować ten tekst naszej Kapitan Magdzie Góreckiej, bo tak naprawdę to tylko jej brakowało nam na tych regatach. Nie, wcale nie jako kapitana, bo Michał  w tej roli sprawdził się fantastycznie, po prostu jako bliskiej nam osoby związanej z naszą Grupą Żeglarską ONKO-SAILING.

14370184_1654223641559542_8618456954618169840_n

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *